Lech musi, Górnik może, a finisz ligi ma gdzieś statystyków
fot. Piotr Antczak

Lech musi, Górnik może, a finisz ligi ma gdzieś statystyków

Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto w Zabrzu chciał słuchać o mistrzostwie Polski. Po kilku kompromitujących porażkach, nierównej grze i jesiennym kryzysie niektórzy kibice bardziej marzyli o spokojnym dograniu sezonu niż o walce o tytuł. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Górnik Zabrze znów jest drużyną, która potrafi rozpędzić się do granic możliwości — i właśnie ten rozpęd może okazać się kluczowy w końcówce sezonu.

Reklama

ZOBACZ TEŻ: Lech mistrzem, Górnik wicemistrzem? Statystycy policzyli, a my spekulujemy

Dzisiejszy mecz z Zagłębiem Lubin ma ogromne znaczenie. Rywale liczą się w walce o europejskie puchary, więc o punkty będą walczyć „na noże”. Z kolei Górnik, szczególnie po wczorajszym remisie Lecha Poznań z Arką Gdynia (1:1), dostał kolejną szansę, by realnie nacisnąć lidera tabeli.

Reklama

I chyba właśnie w tym miejscu kończą się wszelkie statystyki, wykresy i chłodne analizy. Bo jeśli ten sezon Ekstraklasy czegoś nauczył, to przede wszystkim tego, że tutaj praktycznie każdy może wygrać z każdym (np. Termalica, która już jest w I lidze dwa razy wygrała z Jagiellonią, a Górnik ugrał z nią tylko 1 punkt…). Kilka drużyn walczy o europejskie puchary, większość ligi drży o utrzymanie, a każdy mecz rozgrywany jest pod ogromną presją. Tylko wspomniana Termalica gra już tylko o to, by godnie odejść do I ligi.

Na tym tle Lech wygląda jak drużyna najbardziej przewidywalna. Gra równo, stabilnie, ale czy solidnie? Trudno powiedzieć, by Poznaniacy kogokolwiek zachwycali. To poziom „średni z plusem”, który jednak w tym szalonym sezonie wystarcza, by utrzymywać się na szczycie tabeli.

Górnik jest kompletnym przeciwieństwem Lecha. Forma Zabrzan w tym sezonie przypomina sinusoidę. Najpierw efektowny ofensywny szał i seria spotkań, po których kibice zaczęli wierzyć, że ta drużyna może naprawdę dużo. Wszystko zatrzymało się jesienią właśnie na meczu z Zagłębiem Lubin, przegranym 0:2. Od tamtego momentu zaczęło się „dołowanie”, choć tabela tego nie pokazywała (rywale też nie zachwacali). Ot, taki wyścig ślimaków…

Reklama

Punkty Górnik dopisywał sporadycznie, a kibice oglądali kolejne bolesne porażki — 0:4 z Radomiakiem czy 2:5 z Lechią Gdańsk. W Zabrzu z utęsknieniem czekano na zimową przerwę, licząc, że drużyna odzyska równowagę. Tymczasem po wznowieniu rozgrywek, mimo zwycięstwa w derbach z Piastem Gliwice (2:1), problemy wciąż wracały.

Przełom nastąpił dopiero w połowie marca. Wygrana 3:1 z Rakowem Częstochowa była czymś więcej niż tylko zdobyciem trzech punktów. Od tamtego momentu Górnik znów zaczął przypominać drużynę, która potrafi grać z rozmachem i charakterem. Zabrzanie regularnie wygrywali, a punkty tracili w remisach z Legią i Widzewem.

Do tego doszedł triumf w Pucharze Polski wywalczony w świetnym stylu przeciwko Rakowowi. Wcześniej bardzo ważne ligowe zwycięstwo 2:1 w Białymstoku z Jagiellonią. Bramka strzelona w ostatnim momencie meczu pozwala myśleć, że i szczęście się do nas uśmiecha, a i może ktoś „z góry” nam kibicuje…

Reklama

Być może właśnie ten „szał” jest dziś największą przewagą Górnika. Lech musi dowieźć sezon. Lech musi wytrzymać presję lidera. Lech musi pilnować przewagi. Górnik natomiast może grać na fali emocji, entuzjazmu i rozpędzonej formy.

Problem polega jedynie na tym, że kibice w Zabrzu już raz widzieli podobny scenariusz. Właśnie mecz z Zagłębiem Lubin jesienią okazał się początkiem gwałtownego zjazdu formy. Dlatego dzisiejsze spotkanie może mieć znaczenie dużo większe niż tylko kolejne trzy punkty.

Jeśli Górnik utrzyma trend wzrostowy, walka o mistrzostwo naprawdę stanie się czymś więcej niż marzeniem. A jeśli dziś wygra — a w Zabrzu wielu mocno w to wierzy — nerwowość w Poznaniu stanie się nieunikniona. A wtedy o kolejne potknięcie lidera nietrudno. A Górnik? Niech niesie go emocja i pełen stadion!

Reklama

W Zabrzu

Subskrybuj nasz kanał na YouTube! 👇

Reklama